nie tylko ja sie zmieniam, zdecydowanie. kilka miesiecy temu byłam swiecie przekonana ze wiem kto jest przyjacielem, kto mnie nie zawiedziec, bylam pewna swojego zwiazku, swoich przekonan, tego czego pragne. wlasciwie to wszystko ciagnie sie jak ciaza. bo musiałabym sie chyba cofnac o 9 miesiecy, by byc kims kto jest w stanie powiedziec: "jestem szczesliwa". tak mi sie wydawało. wydawalo mi sie ze mam przy sobie ludzi ktorych kocham, ktorzy beda przy mnie zawsze. głupie wmawianie sobie. pierwszy zawód na przyjaciółce ktory zapowiadał nagłe oprzytomnienie ze tak było zawsze. spojrzenie zbyt trzezwym okiem na własny zwiazek: tkwienie w czyms co tak naprawde wyglada dobrze tylko z zewnatrz. zdrada, ucieczka do kogos innego. probowanie odsuniecia od siebie wszelkich złych uczuc. smierc babci. odstawienie jakichkolwiek uczuc, w koncu straciłam najwazniejsza osobe w zyciu. łykanie garsciami leków uspokajajacych. ciagniecie szopki pt "moje cudowne zycie". seks, weekendowe siedzenie z winem w łózku w hotelu. powoli stwarzam sobie role. usmiecham sie, plotkuje, trzymam słodko za rękę. w rzeczywistoci niszcze sie wieczorami jak nikt nie widzi. kwiecien, w koncu koniec zwiazku ktory tak naprawde od dawna nie istniał. nagle przypominam sobie ze za 2 tygodnie egzaminy, ale impreza trwa. 2 tygodnie stresu, tydzien niesamowitego odciecia od swiata. melanz ostateczny. okazuje sie nei tak ostateczny w kazdym sensie. przedewszystkim ostateczny jezeli chodzi o wiekszosc znajomosci. w koncu juz nigdy nie bedzie tak samo. i dobrze, bo tydzien temu, ci wszyscy ludzie, działali mi tylko na nerwy. ja nie mam siły.
w koncu ja tez działam na nerwy.
caly czas wymyslam.
i jestem ta brzydsza kolezanka.
jezu, jakim cudem ja moglam uwazac ze jestem szczesliwa?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz