czwartek, 29 września 2011

***

strasznie dziwne uczucie, budzic sie z mysla "ide dzisiaj na randke". no tak nie jestem do tego raczej przyzwyczajona. nigdy nie byłam na prawdziwej randce. dzisiaj wlasciwie tez nie bede. w koncu, podwójna randka to tez nic normalnego? ale wracajac do tego co mnie gryzie. biorac pod uwage fakt ze nigdy nie bylam na normalnej randce, rozwaliła mnie jedna, przyziemna, normalna rzecz. nie mam pojecia jak sie ubrac. moje zwiazki zazwyczaj brały sie z tego ze kreciłam z facetem, a jakos potem wychodziło ze po seksie zostawałam na dłuzej niz na sniadanie. a teraz nie wiem co z robic. mało czasu mi wlasciwie zostało a ja siedze w koku ala Amy Winehouse, wczorajszym makijazu na 3/4 twarzy rozmazanym i dresie. wypadałoby sie ogarnac. w koncu P. mnie prosiła, bym wygladała ładnie. czyli jak?
boze to bedzie strasznie dziwne, przeciez ja nie jestem normalna dziewczyna.

środa, 28 września 2011

***

nie tylko ja sie zmieniam, zdecydowanie. kilka miesiecy temu byłam swiecie przekonana ze wiem kto jest przyjacielem, kto mnie nie zawiedziec, bylam pewna swojego zwiazku, swoich przekonan, tego czego pragne. wlasciwie to wszystko ciagnie sie jak ciaza. bo musiałabym sie chyba cofnac o 9 miesiecy, by byc kims kto jest w stanie powiedziec: "jestem szczesliwa". tak mi sie wydawało. wydawalo mi sie ze mam przy sobie ludzi ktorych kocham, ktorzy beda przy mnie zawsze. głupie wmawianie sobie. pierwszy zawód na przyjaciółce ktory zapowiadał nagłe oprzytomnienie ze tak było zawsze. spojrzenie zbyt trzezwym okiem na własny zwiazek: tkwienie w czyms co tak naprawde wyglada dobrze tylko z zewnatrz. zdrada, ucieczka do kogos innego. probowanie odsuniecia od siebie wszelkich złych uczuc. smierc babci. odstawienie jakichkolwiek uczuc, w koncu straciłam najwazniejsza osobe w zyciu. łykanie garsciami leków uspokajajacych. ciagniecie szopki pt "moje cudowne zycie". seks, weekendowe siedzenie z winem w łózku w hotelu. powoli stwarzam sobie role. usmiecham sie, plotkuje, trzymam słodko za rękę. w rzeczywistoci niszcze sie wieczorami jak nikt nie widzi. kwiecien, w koncu koniec zwiazku ktory tak naprawde od dawna nie istniał. nagle przypominam sobie ze za 2 tygodnie egzaminy, ale impreza trwa. 2 tygodnie stresu, tydzien niesamowitego odciecia od swiata. melanz ostateczny. okazuje sie nei tak ostateczny w kazdym sensie. przedewszystkim ostateczny jezeli chodzi o wiekszosc znajomosci. w koncu juz nigdy nie bedzie tak samo. i dobrze, bo tydzien temu, ci wszyscy ludzie, działali mi tylko na nerwy. ja nie mam siły.
w koncu ja tez działam na nerwy.
caly czas wymyslam.
i jestem ta brzydsza kolezanka.

jezu, jakim cudem ja moglam uwazac ze jestem szczesliwa?

piątek, 23 września 2011

***

zawsze wiedzialam ze jestem popieprzona ale chyba jeszcze nigdy nie byłam w takim stanie jak jestem w obecnej chwili. od kilku tygodni patrzac rano w lustro ledwo poznaje ta blondyne ktora z niego na mnie spoglada. mimo ze nie zmienilam sie własciwie nic jezeli chodzi o wyglad zewnetrzny. ale to juz nie ta sama osoba sie odbija. skóra bardziej szara oczy zmeczone bez tego błysku nawet kolor wydaje sie juz nie byc taki wyrazny. niby sie nie zmienilam a postarzalam sie chyba o milion lat. tak sie czuje. ostatnie tygodnie zdecydowanie namąciły mi w głowie. seks alkoholm uzywki. wszystkiego za duzo i zbyt szybko. teraz siedze i zastanawiam sie nawet czy mysli sa moimi wlasnymi czy juz na tyle dobrze opanowalam udawanie kogos innego ze wogole nie wychodze z roli.

ostatnio pierwszym pytaniem rano jakie sobie zadaje jest:
kim dzisiaj jestem?